Elektroniczna mapa miasta
Wyszukiwanie w serwisie.
Kontakt
Informacje o autorach serwisu
 

 
Zakres: wydarzenia

 
Wstecz Wersja do wydruku
 


O tych co uratowali Hołd Pruski


Wacław Staniszewsk

Wybuch drugiej wojny światowej zastał mnie na stanowisku nauczyciela religii w gimnazjum męskim i rektora kościoła Św. Katarzyny w Zamościu.

W pierwszych dniach września zjawił się u mnie mężczyzna lat około czterdziestu, oświadczając, że chciałby omówić bardzo ważną i pilną sprawę. Wprawdzie nazwisko swoje wymienił, ale już dziś go nie pamiętam. Wiem tylko, że anonsował się jako wysłannik prezydenta miasta Krakowa lub też Muzeum Narodowego. Zresztą nie była to rzecz istotna.

Wobec ostrzeżeń Polskiego Radia w pierwszych dniach wojny 1939 roku należało zwracać uwagę na obecność szpiegów. Dlatego w rozmowach, spotkaniach i przy organizowaniu noclegów dla ludzi przechodzących przez Zamość na wschód chodziło głównie o zweryfikowanie, czy dany osobnik jest rzeczywiście obywatelem polskim, uciekinierem czy też jednostką podejrzaną.

W tym jednak przypadku wygląd zewnętrzny i zachowanie się mego gościa wykluczały wszelkie zastrzeżenia. W atmosferze ( wzajemnego zaufania przedstawił mi powód wizyty.

- Przyjazd mój do Zamościa - mówił wysłannik z Krakowa - podyktowany jest aktualną sytuacją w kraju. Niemcy uderzyli na Polskę całą swoją potęgą. Wojsko Polskie jest w odwrocie. Dziś (był to 5 września) z pewnością Kraków już zajęty.

Nie ma się co łudzić, kraj czekają ciężkie lata. Po pierwszych nalotach i bombardowaniach niemieckich w Krakowie odbyło się zebranie przedstawicieli władz państwowych z udziałem kardynała Sapiehy. Władze, świadome aktualnej sytuacji kraju, postanowiły zabezpieczyć majątek narodowy. Jako ostatni przemówił ksiądz karał,' Poruszył różne zagadnienia, ustosunkował się do wszystkich przedmówców bardzo tolerancyjnie, ale zakończył swoje przemówienie słowami: "Macie, panowie, wolność decyzji, macie sumienie, macie obowiązek zabezpieczyć swoje rodziny, ja w Krakowie zostaję". Gdy skończył, nastało grobowe milczenie. Władze w miarę możliwości zabezpieczyły majątek narodowy i dziś chyba już nikogo z nich nie ma w Krakowie. Nie została powierzona misja przewiezienia obrazu Jana Matejki Hołd Pruski i ulokowania go w kościele Świętej Katarzyny w Zamościu. Obraz przywiozłem, jest pod murem kościoła, a ksiądz jako rektor musi się nim zająć. Wóz już odesłałem z powrotem, a sam będę próbował przedostać się do Rumunii.

Tylko koniecznością pośpiechu można było tłumaczyć zlekceważenie wszystkich zasad konspiracji, przede wszystkim zaś przebycie całej trasy z Krakowa do Zamościa jednym samochodem, prowadzonym przez tego samego kierowcę, który w dodatku powrócił do Krakowa. Można było przypuszczać, że cała sprawa wywiezienia obrazu "Hołd Pruski" zostanie ujawniona. Tymczasem mój gość pożegnał się i do dnia dzisiejszego nic o nim nie wiem.

Wobec takiej sytuacji nie pozostawało mi nic innego, jak zająć się przechowaniem obrazu. W ogrodzie zoologicznym, przylegającym do kościoła św. Katarzyny, spotkałem założyciela i profesora gimnazjum męskiego Stefana Milera i krótko zrelacjonowałem mu całą sprawę. Następnie razem poszliśmy sprawdzić leżącą obok kościoła przesyłkę. Rzeczywiście, paka długości około dziewięciu metrów zawierała obraz zrolowany i zabezpieczony pancerzem blaszanym. Postanowiliśmy zawiadomić jeszcze o wszystkim burmistrza Wazowskiego, który niezwłocznie się zjawił, i w trójkę zdecydowaliśmy obraz wciągnąć do podziemi kościoła. Tymczasem paka została prowizorycznie okryta, a burmistrz Wazowski zobowiązał się zorganizować grupę pewnych ludzi do pomocy. W nocy zaplanowaliśmy przenieść obraz do podziemi kościoła. Dodatkowo jeszcze powiadomiłem o naszych planach księdza Zawiszę, pełniącego funkcję administratora parafii kolegiackiej, i księdza Kowalskiego, prefekta gimnazjum żeńskiego w Zamościu.

Wieczorem, zgodnie z planem, zjawili się wszyscy wtajemniczeni. Burmistrz Wazowski przyprowadził swoją ekipę murarzy, wśród których był Michał Radziejewski. Innych nazwisk nie pamiętam. Ksiądz Zawisza odebrał od wszystkich przysięgę, iż zachowają tajemnicę, i przy świetle świec (obowiązywało zaciemnienie miasta) przystąpiono do pracy. Nie była to sprawa łatwa. Należało powiększyć otwór okienny do podziemi, przez co nie dało się uniknąć wśród cichej nocy nieodzownych stukań i kucia. Praca trwała niemal całą noc. Odgłosy młotów murarskich oraz przyciszone rozmowy zatrudnionych zwróciły niewątpliwie uwagę mieszkańców najbliższych domów. W końcu udało się pakę wciągnąć do podziemi. Tymczasowo ułożyliśmy ją obok ściany, bowiem światło dzienne i ranny ruch na ulicach nakazywały przerwanie pracy. Stąd też po uzupełnieniu tynków okiennych wszyscy rozeszli się do swoich domów.

Na razie sprawę przechowania obrazu Hołd pruski uważaliśmy za zakończoną. Oczywiście, byliśmy mocno przeświadczeni, że Niemcy nigdy do Zamościa nie dojdą. Nie musieliśmy jednak długo czekać, ażeby przekonać się, jak bezpodstawne były nasze przypuszczenia. Wkrótce naloty na Zamość zdarzały się coraz częściej, na ulicach i drogach pojawiło się mnóstwo uciekinierów, tu i ówdzie zaczęto mówić o maszerujących luźnych grupach żołnierzy polskich. Wreszcie wojska niemieckie zajęły Zamość, choć walki toczyły się nadal w okolicach Roztocza i Tomaszowa Lubelskiego.

Jak było do przewidzenia, nocna praca przy ukrywaniu obrazu w podziemiach kościoła znalazła swój rezonans. Zaczęto snuć domysły, że w kościele Św. Katarzyny ukryty został jakiś skarb. Można było przypuszczać, że jednostki nieodpowiedzialne i nieświadome wartości obrazu mogły go zniszczyć lub uszkodzić. W tej sytuacji jedynym wyjściem było solidnie zabezpieczyć kościół, by nikt nie mógł się łatwo dostać do wnętrza. Tak też zrobiliśmy. Mimo zamknięci,, pewnego dnia czterech nieznanych mężczyzn włamało się do świątyni. Splądrowali zakrystię i główny ołtarz, a także przedostali się do podziemi. Oderwali z paki deskę, rozpruli pancerz blaszany i uszkodzili obraz. Rzekomy skarb okazał się dla włamywaczy rzeczą bezwartościową.

Należało uszkodzenie bezzwłocznie naprawić, by zabezpieczyć obraz przed dalszym zniszczeniem. Profesor Miler, wspólnie z burmistrzem Wazowskin i studentem medycyny Reisserem, w czasie niedzielnego nabożeństwa, by nie wzbudzać podejrzeń, zniszczenia naprawili.

Gwarancja bezpieczeństwa obrazu zawisła w powietrzu. Postanowiliśmy przeciwdziałać ewentualności odkrycia go przez okupanta. Po krótkiej naradzie z burmistrzem Wazowskim i profesorem Milerem zdecydowaliśmy wykorzystać czas, zanim wojska niemieckie zadomowią się w Zamościu. Udałem się do komendanta placu i zameldowałem że kościół został przez nieznane osoby otwarty, splądrowany, a wiele rzeczy zginęło. Prosiłem o sprawdzenie i wydanie odpowiedniego zaświadczenia, mimo iż paka z obrazem była nadal w podziemiach kościoła i nie było możliwości gdzieś jej przenieść, W przypadku dokładnej rewizji wszystko mogło być stracone. Jakoś udało mi się zakryć ją różnymi starymi gratami, choć spodziewałem się, że okupanci do podziemi nie pójdą. Aby do tego nie dopuścić, postanowiłem powiedzieć im, że pod kościołem są groby zmarłych.

W komendanturze przyjęto mnie dość grzecznie, wysłuchano i wydelegowano żołnierza do przeprowadzenia śledztwa. Żołnierza udało mi się zatrzymać przy wejściu do kościoła i całą jego uwagę skupić na rozbitym zamku oraz na drzwiach, które oglądał ze wszystkich stron, mrucząc coś pod nosem. Z daleka pokazałem mu ołtarz główny, poprzewracane lichtarze i pościągane obrusy. Popatrzył i razem wróciliśmy do komendantury, gdzie mi wypisano zaświadczenie o włamaniu do kościoła i dokonanej kradzieży.

Pewnego dnia burmistrz Wazowski przekazał mi wiadomość, że Niemcy, wkraczając do Krakowa w pierwszych dniach września, znali fakt, iż obraz Matejki "Hołd pruski" ukryty został w kościele Św. Katarzyny w Zamościu. Wysłali nawet w tej sprawie specjalną grupę gestapowców, ale ci do Zamościa nie dotarli. Wniosek jasny: trzeba pomyśleć o zmianie miejsca ukrycia obrazu, bo inaczej dostanie się w ręce okupanta. Ale co zrobić? Gdzie go ulokować? Te pytania niepokoiły nas przez kilka wieczorów.

W trójkę rozważaliśmy różne możliwości. W grę wchodziło nie tylko odnalezienie odpowiedniego miejsca, ale i sposób przetransportowania.

Czas naglił. Należało działać, dopóki gospodarowała w mieście regularna armia niemiecka. Zresztą nawet sami żołnierze w rozmowach z mieszkańcami miasta dawali do zrozumienia, że na razie ludzie mają względny spokój, zmieni się jednak wszystko, gdy przybędzie gestapo.

Tymczasem sprawa przybrała inny obrót. Burmistrz Wazowski otrzymał od władz niemieckich pozwolenie na aprowizowanie Zamościa i z tej racji często wyjeżdżał do Krakowa. Tam udało mu się nawiązać łączność z pracownikami Muzeum Narodowego: inżynierem Torem, kustoszem Buczkowskim i innymi. Wspólnie ustalono, że w tych warunkach obraz nie może być dłużej w Zamościu i należy przewieźć go w bezpieczne miejsce. Początkowo wybór padł na Niepołomice lub okolice Niepołomic. W końcu zdecydowano, aby obraz przewieźć z powrotem do Krakowa.

Całą sprawę transportu obrazu wziął na siebie burmistrz Wazowski. Wszystko pomyślnie zostało zrealizowane. Podziwiać należy odwagę i pomysłowość burmistrza Wazowskiego, który z grupą oddanych mu ludzi (nazwisk ich wszystkich nie pamiętam, przypominam sobie tylko Radziejewskiego), z zimną krwią, niemal na oczach okupanta, zasłaniając pakę różnej wielkości skrzynkami, ustawionymi w uliczce wiodącej do kościoła, załadowali ją i wywieźli. Relacjonował mi całą akcję profesor Miler, który z ogrodu zoologicznego obserwował sprawność i organizację całego przedsięwzięcia. W najbliższą niedzielę, po nabożeństwie, burmistrz Wazowski skwitował swój wyczyn krótkim stwierdzeniem: "Wszystko załatwione!"

W listopadzie 1939 roku gestapo w Zamościu dało znać o sobie. Gimnazjum męskie i żeńskie zamknięto, rozpoczęło się masowe wypędzanie Żydów oraz fala pojedynczych aresztowań osób podejrzanych politycznie. Szczególne zainteresowanie gestapowców budził kościół Św. Katarzyny. Przychodzili w czasie niedzielnych nabożeństw popołudniowych, pilnie się rozglądali, wchodzili do zakrystii, pytali, czy zawsze w tym :kościele były odprawiane nabożeństwa, czy też dopiero od czas wojny. Na wszystkie pytania odpowiadałem spokojnie. Dziękowali podniesieniem ręki i wychodzili.

W maju 1940 roku po nabożeństwie zjawiło się w zakrystii dwóch gestapowców z zamiarem zwiedzenia kościoła, prosząc, bym ich oprowadził. Właściwie nie miałem ich gdzie oprowadzać, bowiem kościół jednonawowy, bez specjalnego wyposażenia, nie krył w sobie nic szczególnego. Z zachowania się gestapowców, którzy zaglądali za wielki ołtarz i na chór zrozumiałem, o co im chodzi. Byli dość uprzejmi, pożegnali się i wyszli.

W tej sytuacji roztropność nakazywała, aby na jakiś czas usunąć się z Zamościa. Wyjechałem do swojego kolegi do Łabuń. Pewnego majowego popołudnia zjawiło się m plebani w Łabuniach dwóch mężczyzn w cywilnych ubraniach, pytając o mnie. W przekonaniu, że są to interesanci w sprawie parafialnej, wyszedłem i poznałem jednego z nich. Był to gestapowiec, nazywany w Zamościu "Rudym" (z racji koloru włosów). Gestapowiec ten swego czasu zwiedzał kościół. Przy spotkaniu przybysze wyrazili zdziwienie, że mnie spotkali w Łaburiach, kazali mi jednak zabrać płaszcz i poprosili, bym z nimi pojechał do Zamościa dla wyjaśnienia pewnej sprawy. Wsiedliśmy do samochodu pozostawionego koło cmentarza i ruszyliśmy. W drodze zachwycali się okolicą, kpili z polskiej gospodarki i szczególnie akcentowali, że wszystkie wiejskie domy muszą być zburzone, a na ich miejsce pobudowane nowe, dostosowane do niemieckiej gospodarki.

Po przybyciu do Zamościa samochód zatrzymał się przed domem Czerskiego - siedzibą gestapo, naprzeciwko kolegiaty. Wysiedliśmy. Poprowadzili mnie na piętro. W niewielkim korytarzu jeden z nich zatrzymał się ze mną, a drugi wszedł do sali, z której dochodziły nieludzkie wrzaski. Przez półotwarte drzwi zobaczyłem jakiegoś skrwawionego człowieka, przed którym stał rozwścieczony gestapowiec. Prawdopodobnie była to chwila przesłuchiwania kogoś z miasta lub też z okolicy. Po niewielkiej przerwie wyszedł na korytarz młody esesman i wskazał mi drzwi do Sąsiedniego pokoju. Gdy znalazłem się wewnątrz, zamknął je na klucz.

Pokój był prawie pusty, stał tam jedynie stół i dwa krzesła. Zbliżał się wieczór. Siedziałem i czekałem. Słyszałem tylko wrzaski, jęki i od czasu do czasu odgłosy strzałów, dolatujące gdzieś z sutereny. Widocznie na miejscu dokonywano egzekucji. Na korytarzu panował ciągły ruch, popędzanie nowo przybyłych, odmykanie i zamykanie drzwi sąsiednich pomieszczeń, pokrzykiwania i odgłos bitych ofiar. Taka atmosfera panowała cały wieczór.

Gdzieś około godziny dwudziestej drugiej do mojej celi wszedł nie znany mi gestapowiec, pytając, w jakiej sprawie zostałem zatrzymany. Odpowiedziałem spokojnie, że nie wiem. Kazano mi poczekać, więc czekam. Podobne odwiedziny powtarzały się kilka razy. Jak później zorientowałem się, składali mi wizyty gestapowcy, którym wyznaczono nocną służbę. Wszystkie ich pytania były tej samej treści, wyrażane spokojnie, bez krzyków i ubliżań. W końcu jednak zjawił się młody esesman, który obrzucił stekiem wyzwisk księży, kościół i cały naród.

Następnego dnia, koło godziny dziewiątej rano, wezwany zostałem do dość obszernej sali, w której za stołem siedział esesman lat około trzydziestu, z papierosem w ustach. Spojrzał na mnie złowieszczo i wskazał mi miejsce. Obok niego siedział tłumacz, a przez drzwi wewnętrzne wchodził z jakimiś papierami i wychodził kilka razy znany mi "Rudy".

Przesłuchanie rozpoczęło się od spisania personaliów. Następnie szereg pytań: jak dawno mieszkam w Zamościu, gdzie kończyłem studia, czy byłem w Niemczech. Wreszcie padło pytanie:

- Gdzie jest obraz Matejki Hołd pruski?

Cóż mogłem powiedzieć? Wyraziłem zdziwienie i odrzekłem, że nie wiem, o co chodzi.

Tłumacz powtórzył mi pytanie.

Zauważyłem reakcję gestapowca po usłyszeniu mojej odpowiedzi. Wywołała ona iście demoniczny skurcz na jego twarzy.

- Pytam jeszcze raz: gdzie jest Hołd pruski?! - wrzasnął,

Ponownie odpowiedziałem spokojnie, że nie wiem, o co chodzi, ja żadnego obrazu nie widziałem.

- Jak ta, nie wiesz?! - pienił się ze złości. - Ty jesteś zarządcą kościoła, do ciebie przywieziono obraz z Krakowa, tyś go schował! Gdzie on jest?!

W tym momencie "Rudy" wszedł na chwilę z papierami w ręku. Gdy wyszedł, mój rozmówca wyciągnął rewolwer i celując we mnie, wrzeszczał:

- Ja ci pokażę tego, który przywiózł obraz z Krakowa a potem zastrzelę cię na miejscu! Ty polski popie!

Zrozumiałem, o co chodzi, dlatego spokojnie odpowiedziałem:

- Żadnego obrazu nie widziałem, a z Krakowa przywieziono do mnie tylko jakąś pakę. Co w niej było, nie wiem.

Nie widziałem. Paka ta złożona została w kościele, ale wkrótce nie znane osoby włamały się do kościoła, splądrowały wnętrze, wiele rzeczy kościelnych zginęło. Co się z paką stało, nie wiem do dnia dzisiejszego. A na dowód kradzieży mam zaświadczenie wydane przez komendanturę placu, którą zawiadomiłem natychmiast po kradzieży. Innych urzędów w tym czasie nie było.

Nastąpiła chwila milczenia. Spostrzegłem, że moje wyjaśnienia zaskoczyły gestapowca. Temperatura, uprzednio zbyt wysoka, zaczęła powoli opadać. Jeszcze raz kazał sobie powtórzyć, kiedy miało miejsce włamanie do kościoła i w jakim czasie zawiadomiłem komendanturę placu. Wszystkie wyjaśnienia notował na tym samym arkuszu, na którym były spisane moje personalia. Schował broń i tonem bardzo grzecznym kazał mi przynieść zaświadczenie wydane przez kancelarię komendantury.

W towarzystwie przydzielonego esesmana dostarczyłem ten dokument, który stwierdzał, że "nieznane osoby dokonały włamania do kościoła Św. Katarzyny w Zamościu, wiele rzeczy kościelnych zabrali, inne uszkodzili" - podpis i pieczęć. Zaświadczenie to mój rozmówca oglądał ze wszystkich stron i czytał wielokrotnie, a równocześnie spoglądał na mnie. Wreszcie odłożył je i zapytał:

- Dlaczego na początku przesłuchania nie powiedziałeś, że nie mówiłem o nim odpowiedziałem tłumaczowi - gdyż nie byłem, pytany o kościół, tylko o jakiś obraz, a ja żadnego obrazu nie widziałem.

Nastąpiła chwila przerwy, po czym padło jeszcze pytanie:

- Czy przypadkiem nie wiesz, gdzie znajduje się obraz Bitwa pod Grunwaldem?

bez namysłu odrzekłem:

- Nie wiem, dawno już tego obrazu nie widziałem.

Po tej indagacji esesman kazał wezwać mego kolegę, księdza Trochonowicza, dziś już nieżyjącego. Do wchodzącego zwrócił się ze słowami:

- No, jesteś wolny, mamy na razie niezbędne wyjaśnienia. To samo powtórzył mnie, dodając, że jeśli zaistnieje potrzeba, będę wezwany na dodatkowe przesłuchanie.

Słysząc te słowa, poprosiłem o zwrot mego zaświadczenia, tłumacząc, że może mi być jeszcze potrzebne.

Poparł mnie ksiądz Trochonowicz, od którego dopiero tu, na sali przesłuchań, dowiedziałem się o nowych szczegółach. Powiedział on, że zaświadczenie to w przyszłości może uchronić niewinne osoby od niesłusznych podejrzeń.

- Zostałem aresztowany - mówił - bez żadnych podstaw, trzymaliście mnie w więzieniu przez trzy dni, aczkolwiek oświadczam, że z kościołem Świętej Katarzyny nic mnie nie wiąże. Trzymaliście zakrystiana Władysława Klimka, który bez żadnych powodów został nawet pobity i też siedzi w więzieniu. Są to rzeczy bezprawne, proszę o natychmiastowe zwolnienie człowieka, który jest niewinnie uwięziony.

Gestapowiec odparł ze złością: - Sprawa jest załatwiona. Następnie dodał:

- Powiedz im, niech zamkną pyski, bo ich obydwóch przymknę.

Tłumacz w przekładzie stonował to powiedzenie, ale znając język niemiecki, usłyszeliśmy odpowiedź oryginalną.

Milcząc opuściliśmy salę przesłuchań.

W niedługim czasie wyszedł, zwolniony z więzienia, Władysław Klimek, zakrystian kościoła Św. Katarzyny, dziś pracujący przy kolegiacie w Zamościu.

Po powrocie do domu wyjaśniła się sprawa niespodziewanego aresztowania mnie w Łabuniach.

Opowiedział mi ksiądz Trochonowicz, iż dwóch gestapowców, i dwóch cywilnych mężczyzn, prawdopodobnie współpracowników gestapo, przyprowadziło go do kościoła Św. Katarzyny, żądając otwarcia drzwi wejściowych. Żądanie było bezpodstawne bowiem ksiądz Trochonowicz nie miał nic wspólnego z kościół św. Katarzyny. Zatrudniony był jako wikariusz w kolegiacie: Wyjaśnił gestapowcom, że kościołem Św. Katarzyny zarządza ksiądz Staniszewski, który chwilowo przebywa u swojego kolegi, a klucze od kościoła mogą być u zakrystiana, Władysława.

Gestapowcy zostawili księdza Trochonowicza z jednym Niemcem przed kościołem, a drugi w towarzystwie cywila udał się do mieszkania Klimka i po chwili wrócił z nim i z kluczami.

Po wejściu do kościoła kazali sobie otworzyć drzwi do podziemi. Jeden z gestapowców wziął świecę z głównego ołtarza i przy jej świetle wszyscy tam weszli. Rozejrzawszy się, zapytali Klimka:

- Gdzie jest obraz Matejki Hołd pruski? I Zakrystian odrzekł, że nie wie nic o żadnym obrazie.

Kiedy gestapowiec uparcie powtarzał to samo pytanie, jeden z cywilów powiedział, że Klimek dobrze wie, gdzie jest obraz i wszystko powie tylko trzeba go trochę nacisnąć. Był to bodziec, który wprawił gestapowca w istny szał jakiegoś niesamowitego sadyzmu. Powalił uderzeniem Klimka na ziemię i kopiąc go, wrzeszczał:

- Gdzie jest obraz schowany tu jesienią?! I Nie pomogło tłumaczenie, że on obrazu nie widział, że ktoś nieznany włamał się do kościoła i dokonał kradzieży. Gestapowiec dalej się nad nim znęcał.

W podziemiach kościoła Klimek, po wyprowadzeniu księdza

Trochonowicza, zapytany, kto chował obraz - powiedział, że wśród ludzi mało mu znanych był Michał Radziejewski. Pojechali więc szukać Radziejewskiego.

Na ulicy Powiatowej powiedziano im, że Radziejewski mieszka teraz na Borowinie. Udali się zatem na Borowinę. Kiedy już się tam znaleźli, Klimek z daleka zobaczył stojącego Radziejewskiego. Prosił gestapowca, by się zatrzymał, bo właśnie tego człowieka chce zapytać, gdzie mieszka Radziejewski. Gestapowiec zatrzymał się, Klimek wysiadł z samochodu i pyta, gdzie mieszka Gadziejewski. Ten wskazał ręką dom stojący gdzieś w środku wsi i kiedy samochód ruszył, zniknął bez śladu. Hitlerowcy musieli wrócić do Zamościa bez Radziejewskiego. Przyjechali przed kościół i wszystkich zabrali do siedziby gestapo. Tam spisali protokół i księdza Trochonowicza razem z Klimkiem odwieźli do Więzienia przy ulicy Okrzei.

W drodze ksiądz Trochonowicz powiedział do zakrystiana Klimka:

- Pamiętajcie, Władysławie, że jesteśmy Polasami. Za trzy dni spotkaliśmy się na sali przesłuchań.

Może zbyt obszernie opisałem sprawę przechowywania obrazu Hołd pruskż, ale uczyniłem to celowo, gdyż na ten temat już w czasie okupacji, a następnie po wojnie pojawiły się różne wersje, oparte raczej na domniemaniach niż na prawdzie. Oprócz osób, wymienianych na początku, nikt bezpośrednio nie był wtajemniczony w sprawę przechowywania cennego zabytku.

Po pierwszym aresztowaniu i przesłuchaniu należało wyciągnąć następujące wnioski: gestapo nie zadowoli się materiałem zeznaniowym, ale z pewnością będzie dalej prowadziło dochodzenie. My, księża, otrzymaliśmy nawet wyraźne ostrzeżenia. Panie Wojnarowska i Białowa, prowadzące wówczas kawiarnię w Zamościu, sobie tylko znaną drogą dowiedziały się, że nazwiska nas trzech, to jest księdza Zawiszy, księdza Trochonowicza i moje, są na liście osób, które mają być wywiezione do obozu. Przychodziły, ostrzegały:

- Wy, księża, wyjeżdżajcie z Zamościa. Jest rzeczą pewną, że będziecie aresztowani i wywiezieni.

Ale w tym czasie, kiedy mówiło się o wojnie z Francją, słuchano po kryjomu radia, spełniało posługę duszpasterską w kościele i w szpitalu, a porzucenie stanowiska oznaczało tchórzostwo i zdradę, czyż można było w ogóle pomyśleć o tym, by zamknąć kościół i wyjechać? Nie, wbrew wszelkim ostrzeżeniom należało pozostać na miejscu. Takie też stanowisko zajęliśmy wszyscy trzej. Trudno ocenić, czy było ono rozsądne.

21 czerwca, wracając z kościoła, spotkałem na korytarzu wikarówki dwóch gestapowców. Jednym był "Rudy", drugiego nie znałem. Uśmiechnęli się dość wymownie i oświadczyli, że mają do mnie jakąś niewielką sprawę. Zaprowadziłem ich do domu.

"Rudy" rozstawnym krokiem przemierzał moje mieszkanie, przewracał książki w bibliotece, kontrolował biurko, przerzucał materiał do pracy naukowej i wreszcie oświadczył, że jestem tymczasowo aresztowany. Kazał mi ubrać się w cywilny garnitur i wziąć ze sobą coś do zjedzenia, przynajmniej na kilka dni.

Jakież było wyjście? Żadnego. Trzeba było zastosować się do polecenia. Nasuwały mi się różne myśli. Nie przypuszczałem jednak, że zgodnie z ostrzeżeniem prowadzących kawiarenkę czeka nas wywóz do obozu koncentracyjnego.

Poszliśmy w kierunku Rotundy. Tuż za nami dwóch innych gestapowców prowadziło księdza Trochonowicza, również w garniturze. Księdza Zawiszę zabrano trzy dni wcześniej.

Obok wejścia na dziedziniec Rotundy stał stolik, przy im siedział esesman spisujący personalia, dalej tłumacz, a za im żołdak z gumowcem w ręku. Przed nami niewielki dziedziniec Rotundy, okolony świeżo wyciętą alejką, na rogach młodzi stosunkowo gestapowcy, jakby czekający na wyładowanie swego sadyzmu. Bezpośrednio po spisaniu danych personalnych "Rudy" jakimś nieludzkim głosem wrzasnął do mnie:

- No, teraz gimnastyka! Biegiem marsz!

Nie śpieszyłem się, ale w tym momencie posypały się uderzenia gumowcem. W czasie biegu na każdym rogu otrzymywałem od oprawców porcję razów. I tak biegłem trzy razy wokół dziedzińca. Przy czwartym okrążeniu jakiś silny cios w głowę i szyję oszołomił mnie. Przestałem biec, a wtedy "Rudy" zatrzymał mnie i powiedział:

- Jak spotkasz Matejkę, powiedz mu, niech cię namaluje. Następnie pchnięciem wskazał mi jedną z cel Rotundy. Taki sam chrzest otrzymał również ksiądz Zawisza oraz wszyscy pozostali przybysze. Jedynie kilku, do dziś nie wiadomo Z jakich powodów, zwolniono od tego oficjalnego przyjęcia. Wśród nich był ksiądz Trochonowicz.

Cela, w której się znalazłem, była ciemna, miała jedynie mały otwór w drzwiach. Na ziemi leżało nieco słomy, a na niej, w ciszy, siedziało czterech lokatorów: ksiądz kanonik Węgrzynialc z Waręża, Jasiński z Zamościa, .pracownik Ubezpieczalni społecznej i jeszcze ktoś (nazwiska nie pamiętam) z okolic Zamościa. Z dziedzińca dochodziły wrzaski esesmanów, przerywane od czasu do czasu głosem tłumacza, ostrzegającego, by nikt nie ważył się zbliżyć do otworu w drzwiach celi i nie patrzył na dziedziniec, gdyż grozi to rozstrzelaniem. Do celi przybywali aresztowani, tak że wieczorem było nas już szesnastu.

Nastrój w celi, zarówno pierwszego wieczoru, jak i w ciągu następnych dni, był przygnębiający. Wszyscy snuli różne przypuszczenia na temat najbliższej przyszłości. Jak zwykle w takich przypadkach, zdania były podzielone. Jedni sądzili, że jesteśmy wciągnięci w jakąś ogólną sprawę, związaną z bliżej nieokreśloną akcją zbrojną. Może Niemcy coś wywęszyli i organizują sobie zakładników, których lada moment mogą unicestwić i całą akcję sparaliżować? Inni sądzili, że jest to zwykłe kompletowanie transportu na roboty do Niemiec. Wszyscy byli zgodni co do tego, że pobyt nasz w Rotundzie jest przejściowy. Dowodem tego było nie wydawanie żadnych posiłków w ciągu dnia.

Najbliższa niedziela rozwiała wszelkie wątpliwości. Był to dzień masowych aresztowań na ulicach Zamościa. Stało się rzeczą jasną, że organizuje się transport w głąb Niemiec.

W poniedziałek rano, jeśli mnie pamięć nie zawodzi, 24 czerwca, wyprowadzono wszystkich aresztowanych na dziedziniec Rotundy, ustawiono piątkami i wśród bicia, popychań oraz krzyków załadowano na samochody ciężarowe. Cały taransport ruszył w kierunku Lublina. Ludność Zamościa wyległa na ulice by pożegnać odjeżdżających, których ewentualny powrót był wielką niewiadomą.

W Lublinie, razem z trzydziestoma współtowarzyszami, znalazłem się w dużej celi Zamku, naprzeciwko bramy wejściowej. W celi pod ścianami leżał stos sienników o podejrzanej zawartości. Były to raczej worki ze startą słotną i pełne insektów, które już pierwszej nocy dały nam się dotkliwie we znaki.

Strażnik więzienny udzielił nam niezbędnych informacji o sposobie zachowania się w momencie wejścia do cdi esesmana, Wyznaczył także jednego więźnia do meldowania stanu liczebnego celi i ściszonym głosem dał do zrozumienia, by uniknąć głośnych rozmów oraz poruszania tematów związanych z wojną i z okupantem, gdyż w celi mogą zjawić się w charakterze więźniów osoby niepowołane.

I rzeczywiście. Następnego dnia wprowadzono co celi pewnego osobnika, który zachowaniem swym od pierwszej chwili budził podejrzenia. Próbował nawiązać rozmowę tą z tym, to z tamtym, ale nikt spośród obecnych do rozmowy z nim się nie kwapił. Inaczej ograniczano się do cichych szeptów między zaprzyjaźnionymi. Po dwóch dniach wywołano go z celi i już więcej nie wrócił.

Zapanowała wśród nas atmosfera niepewności. Co z nami zrobią? Jeśli wywiozą, to dokąd? Ustawicznie podjeżdżające samochody, zwłaszcza nocą, oraz krzyki i strzały zdawały się świadczyć o prawdziwości krążących pogłosek, że gestapo partiami wywozi aresztowanych na żydowski cmentarz i rozstrzeliwali. Więźniowie, którzy przynosili zupę na obiad, wymieniali nazwiska osób wywiezionych i rozstrzelanych poprzedniego dnia w nocy. Mimo tych wiadomości, obecni na sali starali się zachować właściwą postawę.

Nagle - pamiętam - w sobotę, zdaje się 29 czerwca, przed wieczorem wyprowadzono wszystkich aresztowanych z cel na dziedziniec Zamku i zaczęto formować piątki, odczytujące nazwiska poszczególnych osób. Całością kierował gestapowiec w cywilnym ubraniu. Kto to był, jak się nazywał? Przypominam sobie, nie Wymieniono nazwisko Globocnik, ale czy to rzeczywiście on był - nie wiem.

Następnego dnia, to jest w niedzielę, o świcie, ustawiono nas w piątki i poprowadzono w kierunku dworca kolejowego Wśród krzyków, popychań i strzałów w okna, przez które wyglądała ludność Lublina, chcąc się zorientować w sytuacji. Na dworcu czekały już wagony, do których nas załadowano i wywieziono do obozu koncentracyjnego.

Wacław Staniszewsk

Ostatnia aktualizacja: 16-04-2007

 
Poprzednia strona Wersja do wydruku Do góry
   

Copyright © 2002 Małgorzata Leszak i Robert Kuśmierz. Wszystkie prawa zastrzeżone.