W banku - pół roku później


Po poprzednich wizytach w "moim banku" zdecydowałem się na kilku miesięczny odpoczynek. Jednak w końcu postanowiłem, że chyba jednak założę sobie, chociaż powiadomienia o stanie konta na e-mail. Po 2 dniach choroby (mam tak za każdym razem jak mam iść do jakiegokolwiek urzędu) zdecydowałem się. Jednak wcześniej... zadzwonię.


Dzwonię na informacje - miły głos, zadaję grzecznie pytanie i... a to wiedzą w innym dziale (po co wiec informacja!). Nieważne, po chwili oczekiwania rozmawiam z kimś, kto wie - okazuje się, że mogę włączyć sobie powiadamianie. Pytam czy może przez telefon mogę to uruchomić... nie, nie - trzeba osobiście. OK., trudno - a już myślałem.


Wchodzę do banku - kieruję się w stronę obsługi klientów - teraz życiowa decyzja... są 3 wolne panie, 3 okienka, które wybrać... wybieram bramkę nr.2, czyli środkową (zapamiętajcie sobie).
- Dzień dobry, chciałem uruchomić powiadamianie o stanie konta na e-mail.
- Dzień dobry, jakie pan ma konto?
- Student...
- Dobrze, proszę chwilkę poczekać - Pani udaje się do szafki i szuka formularzy. Okazuje się, że ich nie ma. Idzie wiec do koleżanek - ona zaczynają szukać w okolicznych szafkach. Po około 5-10 minutach jest kilka blankietów.
- Proszę wypełnić - pani podaje mi druk.
OK., adres, NIP, PESEL, adres, a ja chce tylko e-mail!!! Nie listy do domu!!!
Wypełniając pole, w którym miałem wpisać nazwę konta - wpisałem ją przezornie drukowanymi by nie było kłopotów z rozczytaniem. Oddałem dokument... czekam na analizę ;)
- Hmmm... a tutaj na dole jest napisane by pole nazwy wypełniać wyłącznie małymi - zwraca uwagę pani.
- A czy ja w ogóle musze mieć konto na serwerze banku? Ja mam własne konta i czy nie dałoby się tam kierować tej poczty?
- Nie wiem... - pani bezradni patrzy na mnie. Jakbym to ja miał wiedzieć.
Cisza... Pani w końcu postanawia udać się po poradę - do koleżanki. Koleżanka, po chwili szeptów, krzyczy do mnie z innego okienka
- Nie może mieć pan innego konta, trzeba bankowe... może kiedyś będzie można, ale na razie to nie. A te nazwy musi pan wpisać małymi literkami.
Patrzę z rezygnacją na kolejny formularz do wypełnienia - trudno, chciałeś to cierp!
Wypełniam, podaję nazwę i... już! Oddaję zadowolony kartkę i pytam:
- Kiedy zostanie uruchomione powiadomienie?
- Za 2 - 3 tygodnie - odpowiada grzecznie pani, a ja mam nadzieję, że nikt nie widzi mojej twarzy.
- Trudno, poczekam. - wreszcie wykrztusiłem. - A jak zostanę powiadomiony o danych konta?
- Eeeee.... Pani bezradnie patrzy na koleżankę, która ma wolne okienko i słuchała, o co pytałem.
- Chyba pocztą zostaną wysłane - podpowiada koleżanka.


Zadowolony, że załatwienie tego zajęło mi "tylko" 20 minut, postanawiam załatwić jeszcze cos...
- Skoro już tu jestem to czy mógłbym zmienić limity na mojej karcie?
- A jakie pan ma?
- Hmmm... standardowe - nikt mnie się o nie, nie pytał, tylko wpisał - odpowiadam.
- A ma pan jakieś stałe dochody? - pyta pani mnie... studenta!
- Nie, stałych nie mam - ale wpływy na konto są.
- To ja zaraz zobaczę - pani sięga po grubą książkę i zaczyna szukać. Ja nauczony poprzednimi doświadczeniami, cierpliwie czekam. Po kilku minutach:
- Tu jest napisane "w przypadku nieregularnych wpływów na konto można podnieść limit do", czyli chyba można? - pani patrzy na mnie pytająco, jakbym to ja miał wiedzieć. Nie uzyskawszy ode mnie potwierdzenia w tej bankowej materii Pani sięga po klawiaturę komputera. Prosi o numer konta:
- xxx xxx xxx - podaję
- O... hmm... to nowy numer? - pyta pani.
- Tak, nowy - odpowiadam - jakieś rok temu wysłaliście powiadomienie o zmianie nazewnictwa kont i zdążyłem się nauczyć tych 9 cyferek - dodaje z uśmiechem. Mądry jestem jak *** nie?

Pani odnajduje moje konto, przegląda linia po linii zapis transakcji
- Hmmm... wpływy jakieś tam są. O! 1000 zł... hmmm... jakoś tak różnie kwadratowo i podłużnie - zastanawia się pani mówiąc chyba sama do siebie. Niestety jej wiedza nie wystarcza - woła z innych stanowisk panie do okienka i pokazuje im moje konto. 4 kobiety czytają zapisy...
- No... no wpływy jakieś są... zmień mu ten limit - orzekają w końcu po kilku minutach. A ja już sam nie wiem czy mam się z tego cieszyć, czy dziękować "komisji" za łaskawy wyrok. Ale ok, zmieniamy... czyli kolejny papier do wypełnienia: imię, adres itp.
- OK, wypełnione - podaję pani formularz. Ta spogląda i jakoś niezbyt chętnie podpisuje
- A jak dowiem się, że został zmieniony limit? - pytam panią... proste pytanie chyba? W koncu podaję tutaj moj adres więc może tak pocztą?
- Eeeeee.... Chyba nowa karta bankomatowi przyjdzie do pana - odpowiada pani z paniką w oczach. Spoglądam na nią niepewnie... jejku w jakim ja wieku żyje?
- A może ktoś po prostu w systemie to zmieni? - pytam, podpowiadając, pani z sąsiedniego okienka potakuje. OK., ale dalej do *** nie wiem kiedy!
- Wiec jak zostanę powiadomiony... - pytam kolejny raz nieśmiało.
- Mmmmm... niech pan idzie do bankomatu od czasu do czasu i próbuje - odpowiada grzecznie pani... a miałem nadzieję, że żartuje, ale nie! Ona mówiła poważnie!
Załamany postanawiam jednak brnąć dalej...
- No, to może uda mi się jeszcze otworzyć obsługę przez Internet? - pytam panią.
- Niech pan idzie do Inteligo! - szybka i prosta odpowiedz - wie pan, w Internecie...
- Tak, wiem, znajdę... - odpowiadam odchodząc.
- To dobrze, zauważyłam że trochę się pan zna na Internecie. - kończy pani.
- Do widzenia - wychodzę.

Czas na kolejna półroczna, przerwe od wizyt w banku.
A może dłużej..
Następnym razem wybiorę inna bramkę. Życie to ciągłe wybory i niepewność - zastanów się nim wejdziesz do swojego banku.


+ 5 do cierpliwości
+ 2 do mądrości (już nie chodzę do banków)


powrót
Biurokrata to człowiek, który do Brigitte Bardot zwraca się per "pani Sachs". Jean Gabin.