Za garść dolarów

Egipt, godzina 2:40 w nocy. Hotel.

Dzwięk dzwonka telefonicznego dośc głośno brzmi w cichym pokoju. Informacja uprzedza nas, że mamy być o 3:00 w recepcji.

Po chwili przychodzą 2 osoby po nasze bagaże. Bardzo zdziwione miny maja, jak okazuje się że jestesmy spakowani w 1 małą walizkę, a oni miaja... cały wózek na to :)

W recepcji chwilke czekamy. Okazuje się, iż nie jestemy jedynymi Polakami którzy konczą własnie pobyt. Wtacza się wózek z 8 walizkami wypchanymi po brzegi. Za nimi 2 osoby obsługi i rodzinka. Kobieta, przewodnik stada, z postury przypominajaca wieloryba, podchodzi do recepcji. Pokazuje karteczkę z rachunkiem i oczywiście głośno i wyraznie mówi po... polsku:

  • Za co my mamy płacić 2$!!! Przecież mamy all inclusive, za wszystko płacimy tu ogromne pieniądze.

Troche zdziwiony recepcjonista patrzy na rachunek i tłumaczy, po angielsku, że jest to opłata za rzeczy z lodówki. Ze był cennik i że nie było to wliczane jako posiłki, tylko liczone osobno. To co usłyszał później nie nadaje się do opisania nawet na tej stronie. Wieloryb przetaczał sie od ściany do ściany wykazując ogromne pokłady aktywnosci językowej. Okazało się ze mam jednak marne pojecie o przelinaniu. Myślę iż cała przebudzona recepcja także sie nauczyła troche naszej narodowej gwary.

Oczywiście nie mogli pamietać o tym, by podziekować za miły pobyt. O tym by dać napiwek obsłudze za taszczenie ich 8 walizek. O tym, że wakacje nie koniecznie są po to by liczyc kazdą złotówkę. Ale ja pewnie jakiś dziwny jestem...

+3 do słownictwa
+1 do wiedzy (nowe stwory)
-2 do samopoczucia

Edycja: 2009-08-19 17:26:28


Proszę czekać... Proszę czekać...