20% to mało, a cudza winorośl smakuje lepiej

Kraina golonki i piwa, roku pańskiego 2005.

Wycieczka obejmowała poznanie lokalnych producentów sznapsów. Alkohol bedacy wynikiem mieszania zacieru + owoców. Calkiem miły trunek, ale to okazało się na końcu. Zacznijmy od długiej... długiej drogi pieszej.

Wędrówka trwała około 40 minut. Jak każda Polska wycieczka, tak i nasza, rozciągneła się na długośc 300 metrów. Bo zdjecie, bo daleko, bo buty, bo za przewodnikiem, bo na koncu.

Przepiekne pola winnic poukładane w idealnie równoległe pasy. Ze względu na to, iż wchodzilismy pod góre po ułożónej w serpentynę scieżce, cześć wycieczki szybko zauważyła, że można krócej - przez pola. Oczywiście nie mając pojecia czyje to pola.

Kolejnym, dość dziwnym elementem jaki zauważyłem było to, że winogrona są iedalne nawet przy ulicy. Nie brakuje żadnej kuleczki, żadnego grona, nic. Żaden z przechodzących tubylców nie dotykał tego. Ale przecież nasza wycieczka to nie jakieś tam tubylce, tylko Polacy na wycieczce. Po kilku przejciach większość miała znaczną część gron w żołądkach, a także dość spore zapasy w reklamówkach "na później", bo cholera wie ile jeszcze bedziemy szli.

Okazało się, że nie długo. Dotarliśmy na pole, gdzie otrzymaliśmy informację, że to jest własnie "jego pole", czyli przewodnika i z tąd może nas poczęstować 1 gronem dla kazdego. Jakie piękne miny było dane nam oglądać, bo po pierwsze to był śmiech że jedno gorno (jak sie zjadło 5), no i śmiech... a kogo my objedliśmy wczesniej ;)

Czas mijał i zatrzmamy się w piwniczce chłodnej, po 7 lampkach sznapsów. Miła żona właściciela tłumaczy jak sie wyrabia trunki. Pokazuje przy tym zacier. To poruszyła wyobraznie naszych towarzyszy, zwłaszcza liczba 40% wydawała im się baaardzo odpowiednia. Grzecznie (po 7 kieliszeczkach) poprosili o bliższe pokazanie zacieru. Powąchali, ocenili klarowność i zdecydowanym ruchem ponalewali do kieliszków. To było w koncu coś, a nie jakies tam marne 20% z owocami. Właścicielka wyglądala jak z anime, takie wielkie oczka miała ;), widocznie rzadko się z Polakami zadawała. Zacier był pycha, buteleczka wróciła do właścicielki... pusta.

Koniec opowieści, zdecydowanie wesołej, jak nikt się nie przejmuje tym że coś nie jest jego własnością. A narzekanie o małej szkodliwości jest zawsze jak to nam zrobia tą mała szkodliwość, a nie my innym. A jak cudze rośnie w zasięgu ręki, do dlaczego by się nie podzielić... no własnie, On ma się podzielić bo ma. Nam się nawet nie chce zapytać czy można, nie mówiąc o zapłaceniu.

Edycja: 2009-08-19 17:23:20


Proszę czekać... Proszę czekać...