Kochani rodzice

21 grudzień 2011

Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych (kij im w nery).

Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, te są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, te jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominany z nostalgią lata 80.

Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych budowach, skacząc z okien w piach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).

Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego. Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo. Nie trzeba było do tego pośredników w postaci Milicji czy rady szkolnej.

Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.

W szkole mieliśmy równoważnie, chyba do lekkoatletyki, ale i tak fajniej było się na niej bić - przegrywał ten kto pierwszy spadł. Sukcesem było jak obie nogi spadły z jednej strony równoważni.

Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.

Nikomu nie przychodziło do głowy wysyłać na na konkursy miss i mistera. Rodzice mieli w dupie, czy dziecko jest śliczne czy takie sobie, ważne by było zdrowe i nie zawracało dupy.
Nikt nam nie mówił, te jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd. Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.

Nie chodziliśmy do pywatnego przedszkola.

Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki. Nie było "miernych" i "celujących" - szanowali nas i nie nadawali nam takich ocen.

Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy. Buty pełne śniegu i wody suszyło się na piecu by kolejnego dnia byłyponownie mokre.

Z chorobami sezonowymi wałczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, miód, bańki, spirytus (zewnętrznie i wewnętrznie) i pierzyna. Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bala się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizna albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy.
Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.

Rodzice od długich rozmów mieli przyjaciół i znajomych, a nie dzieci. Dzieci gadały same ze sobą, nie trzeba było nam wymyślać tematów i zainteresowań.

Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę.
Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo - jak zwykłe.

Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na Milicję, żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy pomocą dydaktyczną, a Milicja zajmowała się sprawami dorosłych.

Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku bądź łące. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.

Pies łaził z nami - bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi. Raz uwiązaliśmy psa na "sznurku od prasy" i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze. Mogliśmy dotykać inne zwierzęta.
Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce, a pogryzienia goją się szybko.

Łaziliśmy po dachach, strychach, drzewach i płotach. Nikt nie miał z tym problemów, nie było alarmów - wystarczył odpowiednio duży pies.

Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, Każdy dzieciak to wiedział. Oraz to, że nie je się żółtego śniegu.

Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską.
Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadał kazali się jej kłaniać, mówić Dzień dobry i nosić za nią zakupy.
Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić Dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to Dzień dobry wymusić.

Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.

Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot. Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.

Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść. Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii. I co dziwne nie byliśmy grubi!

Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł. Ba, ręce myliśmy po jedzeniu bo się sok na nich lepił. Przed nie było sensu.

Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością. Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy.

Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów, bo wydaje im się, że to "cywilizacja" i lepiej. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami.

Dziękujemy rodzicom za to, te wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas "dobrze" wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, zamkniętych placów zabaw, lekcji śpiewu i baletu.

Dziękujemy Wam za to, że byliśmy wolni.

 


Autor: [internet] + moje poprawki/dodatki

 


Proszę czekać... Proszę czekać...